Kolejowe podróże część 2

0
55

Kolejna podróż z biletem podróżnika. Tym razem sierpień i kierunek wschodni na początek. Start z Dworca Głównego we Wrocławiu pociągiem IC Antares rel. Wrocław-Przemyśl przed godziną 22. 00, pierwszy cel to Rzeszów. Na pewno nie jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Polsce, stereotypowo kojarzone z niskim rozwojem, Polską Wschodnią itp., dlatego też warto odwiedzić to miejsce i skonfrontować powszechne wyobrażenie z własnymi doświadczeniami na temat tego miejsca. Podróż zmodernizowanymi wagonami PKP IC początkowo wydaje się niezwykle komfortowa (dla przypomnienia wagony 6 osobowe w 2 klasie, rozsuwane, nowe fotele, więcej elektroniki), jednak po mniej więcej 2-3 h człowiek dochodzi do wniosku, że stare, wysłużone wagony, które mamy do dyspozycji w tradycyjnych pociągach kategorii TLK są bardziej wygodne. Jest to swoisty paradoks, że fotele które z założenia mają poprawić wygodę przez swoją odpowiednią konstrukcję (np. zagłówki) są mniej komfortowe od tych dawnych, które takich udogodnień nie posiadały. Od stacji Katowice sen, z powodu niedogodności jest wyraźnie utrudniony, niemniej jednak po godzinie 5 rano pociąg wjeżdża na stację.

Powiało wschodem, temperatura wyraźnie niższa, choć było to zapewne spowodowane wczesną porą i Słońce jeszcze nie zdążyło zaświecić na dobre, w każdym razie było dość zimno. Od razu doświadczyliśmy też pierwszego spotkania z „tubylcami”, najprawdopodobniej kończącymi imprezę, którzy powitali nas odgłosem zbliżonym do wycia wilka. Nie znamy celu tego wycia oraz celu kierowania go w naszą stronę, ale cóż … być może mieliśmy wiedzieć kto tu rządzi – rzeszowskie wilki.

Jeżeli chodzi o sam Rzeszów to pierwsze skojarzenia można wyrazić za pomocą dwóch słów – chaos pomniki. To pierwsze daje się zauważyć po wyjściu z gmachu dworca; pełno reklam, totalny mix zabudowy, wrażenie ciasnoty przestrzeni. Idąc w stronę centrum ciągle mijamy pomniki, „Czynu Rewolucyjnego”, „Żołnierzy Wykętych” i innych. Jeżeli chaos można ocenić w kategoriach negatywnych o tyle kultywowanie postaw patriotycznych i poszanowania historii wzbudza pozytywne wrażenie, choć istnieje obawa o pewien przesyt, a co za dużo to … Rynek dość klasyczny, niebrzydki, ale również niezbyt wyróżniający się spośród innych tego typu miejsc w Polsce.

W sobotni poranek jedynym czynnym lokalem jest McDonald, który zapachem porannej kawy i tostów oraz muzyką Radia Zet umila około 30-40 minut zwiedzania Rzeszowa. Obok centrum Zamek Lubomirskich, niestety zamknięty i to nie ze względu na wczesną porę, ogólnie zamknięty dla zwiedzających, no chyba że w godzinach funkcjonowania Sądu Okręgowego bo do tych celów został zaadaptowany. Szkoda bo w końcu pewien symbol Rzeszowa. W drodze powrotnej słychać miauczenie kota na parapecie jednego z okien, wygląda to jakby właściciel wypuścił kota a zapomniał wpuścić, a może mają jakiś umowny znak na który właściciel nie reaguje. No cóż może jakoś się w końcu dogadają, bo ciężko zdobyć się na więcej niż chwilowe współczucie i dalsze zwiedzanie.

Okazuje się, że około 5 h w Rzeszowie jest wystarczające i jedziemy w stronę Lublina, który początkowo planowaliśmy minąć tylko przejazdem, jednak zaoszczędzony czas pozwolił na odwiedzenie tego miasta. Dodatkowo okazja do odwiedzenia malowniczej trasy przez Kolbuszową, Tarnobrzeg, Stalową Wolę, skład ciągnięty przez spalinową Gamę z PKP IC. Niestety stacja w Lublinie dość oddalona od centrum i dostanie się autobusem miejskim na Plac Litewski w godzinach szczytu zajęło ponad 0, 5 h. Spacer Krakowskim Przedmieściem poprawia jednak nastrój – typowa, dobrze zorganizowana przestrzeń publiczna – dostępna, estetyczna z odpowiednimi funkcjami, które intensyfikują kontakty społeczne. Przestrzeń oddana ludziom, obecnie z planami poszerzenia strefy pieszej, prowadząca prosto do zabytkowego centrum do którego wchodzimy przez majestatyczną Bramę Krakowską, która bez wątpienia robi wrażenie. Do polecenia w Lublinie sieć kebabów Habiby, które oferują (co się nieczęsto zdarza) kebaby dobrej jakości i korzystnej proporcji mięsa do sałatek i bułki.

Po Lublinie kolej na Warszawę, gdzie spędziliśmy około 4 h i mieliśmy zjeść dobry obiad. Niestety jako miejsce tego posiłku ustaliliśmy centralną część Warszawy. Gdy „Tanie, swojskie jedzenie” na Krakowskim Przedmieściu okazało się pierogami za 24 zł, bądź „Smaczne w dobrej cenie” zestawem obiadowym za 32 zł. zaczęliśmy poważnie się zastanawiać nad rozumieniem słowa „tani” w naszym życiu. Wreszcie skończyliśmy w Żabce na suchym prowiancie przy dworcu Warszawa Gdańska bo stamtąd odjeżdżał nocny TLK Polaris w kierunku Sopotu, który był kolejnym celem. W pociągu tradycyjnie okazało się, że w każdym przedziale mogły być 2-3 osoby tylko w naszym pechowo 7, ale ta noc i tak okazała się wygodniejsza niż ta w IC Antares do Rzeszowa.

W Sopocie byliśmy po godzinie 4 w niedzielę i jak widać sobotnia impreza jeszcze się nie skończyła. Dotarliśmy nad morze, gdzie kąpiel zażywała grupa nagich nastolatków w dość dużym amoku alkoholowym. Około godziny 6 po imprezie zostało pełno szkła i śmieci, ale sprawne sopockie służby porządkowe uporały się z tym bałaganem i pierwsi „poranni” spacerowicze, którzy pojawili się około godziny 7 już nie byli zgorszeni tym widokiem. Ewidentnie na minus trzeba odhaczyć nowy dworzec w Sopocie. Stary, klasyczny, klimatyczny idealnie komponujący się z wyjściem na „Monciaka” zamieniony został na dworzec typu galeria, a więc nawet w kurortach nadmorskich nie unikniemy klimatu galerii, ale widocznie jest na to popyt. Po godzinie 9 wyruszamy w kierunku Bydgoszczy i tam się też zatrzymujemy. W odróżnieniu do Sopotu nowy projekt dworca w Bydgoszczy tym razem na plus. Bydgoszcz przywitała nas ogromnym upałem, który był ciężki do wytrzymania, ale pomysłowe zraszacze na chodniku choć na moment dały pewne wytchnienie. Ciekawym miejscem jest tzw. „Bydgoska Wenecja” czyli ciąg kamienic XIX wiecznych o charakterze przemysłowo-mieszkalnym Mieściła się tu m. in. Fabryka Spirytusu, Czekolady czy Drukarnia. Wykorzystano bliskość centrum jako rynku zbytu oraz położenie nad rzeką co ułatwiało transport. Dziś można zaobserwować wiele klimatycznych knajpek, warzelnie piwa czy bulwary. Jeżeli chodzi o bydgoski rynek to odczucia podobne do tych z Rzeszowa, czyli podobny do tych spotykanych w innych miastach, brakuje mu tego konkretnego magnesu, który przyciągnąłby turystów. Po Bydgoszczy pociąg IC Błyskawica, który umożliwia powrót do Wrocławia po dość długiej podróży. Po raz kolejny ponad 1000 km w jeden weekend i kilka kolejnych odwiedzonych miast a wszystko za 79 zł z biletem podróżnika.

www.ridetolive.pl

[Głosów:0    Średnia:0/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here